„Są tacy,
którzy uciekają od cierpienia miłości. Kochali, zawiedli się i nie chcą już
nikogo kochać, nikomu służyć, nikomu pomagać. Taka samotność jest straszna, bo
człowiek uciekając od miłości, ucieka od samego życia. Zamyka się w sobie.”
Usiadłam na
parapecie i spoglądałam w góry. Kochałam Zakopane. Było takim moim małym, innym
światem. Miejscem, w którym zawsze widziałam ucieczkę od rzeczywistości.
Byłam tchórzem. Bałam się przeszłości, nie lubiłam patrzeć wstecz. Wracałam do
niej jedynie w najgorszych koszmarach. Teraźniejszość i przyszłość nie wydawała mi się, aż takie straszne. Próbowałam wyobrazić sobie swoje
nowe, szczęśliwe życie. Jednak bałam się tego, bałam się życia. Pewnie
dlatego idąc liceum bez zastanowienia wybrałam Zakopane. Nie byłam
Góralką, pochodziłam z Śląska, a właściwie Wilkowic. Jednakże wydarzenia z
przeszłości nie pozwoliły mi tam pozostać. Do Wilkowic wracałam gdy brakowało mi
rodziny i przyjaciółek i oczywiście na przeróżne święta czy uroczystości. W
Zakopanem miałam wynajęte mieszkanie. Tutaj czułam się najlepiej. Mieszkałam
sama, zawsze lubiłam samotność i tą ciszę, nie przeszkadzała mi. Jednak za każdym razem gdy pojawiały się nowe problemy zaczynałam tęsknic za tą małą wsią, rodziną i przyjaciółkami. I to właśnie była moja największa wada.
Nigdy nie potrafiłam stwierdzić, czego tak naprawdę chcę. Czego oczekuję od
życia. Zawsze dwie sprzeczne sobie rzeczy były dla mnie jednocześnie ważne.
Bezsensowne..
Przymknęłam
oczy i zacisnęłam ręce na kubku. Upajałam się zapachem gorącej czekolady.
Myślami wracałam do wczorajszego dnia, pełnego dziwnych emocji. Za godzinę
miałam się spotkać z Karlem, a miałam jeszcze tyle do zrobienia.
Niechętnie pozbierałam się z parapetu i wróciłam przed szafę. Przerzucałam
ubrania z jednej strony na drugą. Kompletnie nie wiedziałam co mam ubrać. Czyli
odwieczny dylemat każdej kobiety. W końcu coś wybrałam i poszłam w stronę
łazienki. Po czterdziestu minutach byłam prawie gotowa. Spryskałam się swoimi
ulubionymi perfumami , po czym stanęłam przed lustrem. Mimowolnie uśmiech
pojawił mi się na twarzy. Rozpuściłam długie, brązowe włosy. Przeczesałam je i
byłam gotowa. Narzuciłam kurtkę, buty , czapkę oraz rękawiczki. Ostatni
raz zerknęłam w lustro i wyszłam z domu. Poczułam jak zimny wiatr uderza w moje
ciało, a świeże górskie powietrze zapełniła mi płuca. Mijałam mnóstwo
kibiców w czapkach, szalikach czy z flagami w barwach różnych narodów.
Zaczęłam zastanawiać się co czują skoczkowie, widząc tych wszystkich kibiców.
Są szczęśliwi, że mają tylu fanów, czy może jednak im to przeszkadza? Ciekawe
jakie to jest uczucie, gdy tyle ludzi na Ciebie liczy, a Ty siedzisz tam na
górze i patrzysz na to wszystko. Co wtedy dzieję się w Twojej głowie? Myśląc
nad tym wyciągnęłam telefon i spojrzałam na zegarek.
- Cholera,
dlaczego, zawsze muszę się spóźniać? – Szepnęłam do siebie po czym puściłam się
biegiem w stronę Krupówek. Bieg przerwał mi dzwoniący telefon. Zerknęłam na
niego i dostrzegłam, że na ekranie widnieje duży napis: Karl. Od razu
odebrałam.
- Ja zaraz
będę!
- No ja
zaraz będę! – Krzyknęliśmy jednocześnie. Stanęłam w miejscu wybuchając
śmiechem.
- Jacy my
podobni do siebie jesteśmy.. – Usłyszałam jego śmiech w telefonie. Spojrzałam w
ziemie i szczerze się uśmiechnęłam.
- Jak widzę
to nie tylko ja się spóźniam. Do zobaczenia za chwilkę… Kto ostatni ten stawia czekoladę!-
Rozłączyłam się i pobiegłam w umówione miejsce. Dobiegłam jako pierwsza. Ledwo
żywa podparłam się o murek i próbowałam złapać oddech. Mogłam jednak ćwiczyć na
tym wf..
- Ola! – Nie
musiałam długo czekać, już po chwili usłyszałam jego głos. Odwróciłam się.
Biegł w moją stronę, wystawiłam mu język ciesząc się z wygranej. Karl chciał
chyba wykonać jakiś dziwny ruch, ewentualnie po prostu się pośliznął i
wylądował twarzą w zaspie.
- Dopiero co
tu przyszedłeś i już potrzebujesz mojej pomocy? – Powstrzymywałam się od
śmiechu i ruszyłam w jego stronę. Jednak szybko się podniósł i lekko
zawstydzony przytulił mnie na przywitanie.
- Widzisz
jak ty na mnie działasz. – Zaśmiał się.
- Bo
się jeszcze zabijesz..
- Taka pani
ratownik nie pozwoli mi zginąć!
- Nic
bardziej sprzecznego. To gdzie idziemy?
- Może tam?
– Skierował ręką na jedną z kawiarni.
- Okej -
Ruszyliśmy w tamtą stronę. Przez cały czas śmialiśmy się i rozmawialiśmy tak
naprawdę o wszystkim. Jakbyśmy się znali od bardzo dawna. Mimo, że nic o nim
nie wiedziałam, czułam się dobrze w jego towarzystwie. Jakby był moim
przyjacielem od bardzo dawna. Złożyliśmy zamówienia i wróciliśmy do
wcześniejszej rozmowy.
- Nie boisz
się?
- Czego mam
się bać? – Przyglądał mi się uważnie.
- Skakać.
- Nie… To
jakbyś bała się oddychać. Gdy nie skaczę, nie oddycham, powoli umieram. Brakuje
mi tlenu, to jest jak narkotyk, a ja jestem starym narkomanem. – Uśmiech
wymalował mi się na twarzy. Czułam, że rozumiemy się znakomicie.
- To jest
dziwne. Ryzykujesz tak wiele. Nie boisz się, że kiedyś stracisz wszystko
właśnie przez swój „nałóg”?
- Gdy robisz
to co kochasz i ból staję się przyjemnością. Wtedy niczego się nie boisz.
Jedynie możesz być dumny, że osiągnąłeś właśnie coś, czego inni nie mieli
odwagi zrobić. Nie masz czegoś takiego co jest dla Ciebie czymś wyjątkowym,
czymś dla czego warto żyć i chcesz ryzykować?
- Raczej
nie. Boje się ryzyka, boje się życia – Nerwowo zaczęłam mieszać łyżeczką w filiżance.
Załapał mnie mocno za rękę. Nie odzywaliśmy się do siebie dopóki nie spojrzałam
na niego.
- Nauczę Cię
latać. Latać we własnym życiu. Pokaże Ci jak żyć. – Pierwszy raz poczułam takie
bezpieczeństwo w drugiej osobie. Puściłam jego rękę i skierowałam szczery
uśmiech w jego stronę. Był inny, wyjątkowy.
- Dziękuje –
Szepnęłam prawie niedosłyszalnie.
- Wiesz
zdaję mi się, że powinnaś bliżej poznać moja kadrę. Chyba da Ci to większy
obraz na to wszystko. Zrozumiałabyś co mam na myśli, mówiąc wiele rzeczy.
- Boję się
ich. – Przegryzłam wargę i myślami wróciłam do ciemnego blondyna, niejakiego
Andreasa Wellingera, który wczoraj przykuł moją uwagę. On i Geiger byli tacy
zupełnie inni. Ciągnęło mnie coś do tego aby ich poznać lepiej, mimo, że tak
bardzo się bałam. Nie przeszkadzało mi to, że byli z innego kraju,
wręcz przeciwnie, fascynowało mnie to.
- Nie gryzą.
Znaczy jedynie mogą się pogryźć o Ciebie- Zaśmiałam się i rzuciłam w
niego serwetką.
- Żartowniś
się znalazł – Wstaliśmy z miejsca i ruszyliśmy w stronę wyjścia, śmiejąc się i
popychając jak małe dzieci. Pierwszy raz od dawna szczerze się uśmiechałam.
- Widzimy
się za dwie godziny na skoczni? – Zapytał patrząc na mnie uważnie.
- Pewnie, do
zobaczenia i udanego treningu.
- Dziękuje –
Przytuliliśmy się i odeszliśmy w różne strony. Powoli zaczynałam wierzyć, że
wszystko się ustabilizuje, że może w końcu będzie dobrze. Nareszcie będę
szczęśliwa. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to szczęście uzyskam raniąc jedną
z ważnych dla mnie osób.
Wracałam
wolnym krokiem do domu. Przyglądałam się ośnieżonym drzewom, które wyglądały
jak z bajki. Coraz więcej ludzi szło w stronę skoczni. Z tego co widziałam
wielu już stało przy wejściu na sektor aby zająć jak najlepsze miejsce. To się
nazywa pasja, skok w życie. Z trudem przedostałam się przez ten tłum ludzi i
dotarłam do domu. Gdy weszłam do środka z dziwnym wyczuciem czasu zadzwonił do
mnie Kamil.
- Hej Olka.
Spotkajmy się pod skocznią trzydzieści minut przed seria próbną, okej?
- Cześć.
Chyba Cię coś grzmi, że mam znowu się przepchać przez ten tłum ludzi, przecież
w tydzień tam nie dojdę.- Jęknęłam na co on się zaśmiał.
- No dobrą
podjadę po Ciebie, to za dwie godziny będę. Do zobaczenia.
- Dzięki! Do
zobaczenia. – Odetchnęłam z ulgą. Telefon rzuciłam gdzieś na bok i położyłam
się na łóżku. Znowu wracałam myślami do Niemców.
2 godziny
później:
Poprawiłam
makijaż i ubrałam się jeszcze cieplej. Gdy Kamil puścił mi sygnał, zbiegłam na
dół.
- Dzień
Dobry!
- A Witam! –
Zaśmiałam się i weszłam do środka samochodu. Cudem dojechaliśmy pod skocznię i
się nie spóźniliśmy. Pierwszy raz widziałam takie zamieszanie i tylu ludzi,
szczęśliwych ludzi, którzy przyjechali tutaj dla czegoś, co kochają. Gdy
dojechaliśmy na miejsce, poszliśmy rozpakować potrzebne rzeczy.
- Patrzcie
na to ! – Krzyknął Mateusz wskazując na sektory, w których właśnie robili
„falę” . Oniemiałam z zachwytu, wyglądało to tak niesamowicie. Nie mogłam
uwierzyć w to, że każdy robił to co mówili komentatorzy i się świetnie przy tym
bawił.
- To jest
magia! To jest Zakopane! – Może rzeczywiście to jest taka inna magiczna kraina,
w której każdy zapomina o problemach i liczy się tylko to co się kocha? Te
pytanie chciałam kierować do znajomych.
- Ty już o
nic nie pytaj!- Zaśmiał się Kuba, widząc, że chce o coś zapytać.
- Bardzo
śmieszne – Udałam oburzoną i się odwróciłam w stronę trybun.
- Cześć
Księżniczko. – Usłyszałam ten znajomy głos, obok swojego ucha. Czekałam na
niego, w głębi duszy czułam, że się pojawi, że przyjdzie tu. Uśmiechnęłam się i
odwróciłam się w jego stronę.
- Cześć
Andreas.
-
Nasze samotności spotkały się jak ptaki w locie i zaraz pofruną w swoich
kierunkach. –Odszedł , zostawiając mnie z natłokiem kolejnych myśli.
****
To już drugi
rozdział. I jak się podoba? Czekam na szczere komentarze :)
Pozdrawiam
:)